Moje życie stało się ostatnio bardzo proste. Składa się na nie: pisanie pracy i sen. Obcuję tylko z Hitlerem i Mussolinim. W dzień piszę o nich. W nocy oni mi się śnią. Dobranoc.
Wszyscy się spakowali i wyjechali z Wrocławia. Dla tych, którzy jakimś cudem zostali i tak nie mam czasu. Imprez unikam jak ognia. Jako zwierzę stadne nie wyobrażam sobie jak przeżyję 10 dni sam. Zwariuję. Na bank zwariuję. Trudno. I tak, prędzej czy później bym zwariował. Może nikt nie zauważy.
3 - dni bez alkoholu (ani kropli, przysięgam) 2 - dni z rzędu w czytelni (hardkorowy hardkor) 1 - panna mnie dzisiaj zaczepiła w sklepie, żebym przymierzył czapkę dla jej chłopaka (bo mamy podobne głowy) 0 - głębszych przemyśleń (jak zwykle). Soundtrack na dziś i jutro to Institut fuer Feinmotorik - "Penetrans".
"Ale wczoraj dałem w tytę. Nic nie pamiętam." oraz "Nic dzisiaj nie zrobiłem. Od jutra się biorę." Powtarzam je sobie codziennie, czasami nawet kilka razy dziennie. Pozwalają mi odzyskać wewnętrzny spokój, równowagę, koordynację półkul i inne pierdoły. Obie zawierają słowo "nic", które najlepiej oddaje to, co robię w życiu. Fotka z wesela. Gówno na niej widać, bo fotograf był wcięty. Pozdrawiam się.
Usłyszałem dziś od kolegi, że nie trzeba się przejmować tym, że jakaś panna jest średnio urodziwa, bo poziom jej urody można "wyskalować" odpowiednią ilością wypitego alkoholu. Nie wiem czy to argument "za" czy "przeciwko" piciu. Soundtrack na dziś to Oliver Huntemann "Fieber". Polecam. Dozo.
Założyłem tego bloga bo pisanie bloga jest fajniejsze od pisania pracy magisterskiej (a przynajmniej tak mi się wydaje). Nie wiem na ile starczy mi zapału, żeby pisać, nie wiem czy ktokolwiek będzie miał tyle samozaparcia, żeby to czytać. Właściwie średnio Mnie to interesuje. Robię to dla siebie (jak wszystko w życiu). Tyle tytułem wstępu. Napiszę coś, jak coś przyjdzie mi do głowy. Bez odbioru.